Tosia Białek – nie tylko kolarstwo

0

Tosia Białek, zawodniczka Warszawskiego Klubu Kolarskiego coraz śmielej poczynia sobie na trasach wyścigów. Cross Country, maraton, przełaj, szosa – to dyscypliny, w których Tosia próbuje swoich sił. Co ważne, prawie ze wszystkich wymienionych odmian kolarstwa, zawodniczka posiada medale Mistrzostw Polski. Niewiele osób jednak wie, że wciąż młoda kolarka, swoją kolarską pasję dzieli z piłką nożną.

Rower czy piłka, piłka czy rower?

”Często ludzie pytają mnie, co było pierwsze piłka czy rower, oraz czy łącze obie te dyscypliny. Dla mnie jest to pytanie w stylu ”kura czy jajko?” Ciężko powiedzieć, chyba piłka, bo grałam w szkole z chłopakami na sks-ach. Potem były też jakieś turnieje, szkolne, międzyszkolne, ale generalnie nic poważnego. Regularne treningi w klubie zaczęłam dopiero na studiach, a i one zostały szybko przerwane zerwaniem więzadeł i półroczną rehabilitacją. Czemu tak późno? Trochę żałuję, ale prawda jest taka, że zwyczajnie nie dostałam na to zgody od rodziców. Z rowerem poszło znacznie łatwiej, choć na początku nie przepadałam za treningami kolarskimi. Zdecydowanie wolałam się ścigać, a moimi głównymi treningami stały się mazowieckie maratony. Wszystko zmieniło się, kiedy przed rozpoczęciem sezonu w kategorii Juniorki Młodszej dostałam swój pierwszy plan treningowy. Ta niezrozumiała dla mnie do końca potrzeba wykonania wszystkich treningów w nim umieszczonych, kieruje mną do dziś. Nie twierdzę, że to normalne, dobre, czy złe, ale myślę, że ta obsesja progresu, dużo mi dała w mojej szeroko pojętej karierze sportowej

Co daje mi piłka w kolarstwie, a co kolarstwo w piłce?

Nerwy i większe ryzyko kontuzji? A tak poważnie, to po pierwsze i najważniejsze, to drugą szansę, jeśli z jakiegoś powodu nie wyjdzie mi pierwszy trening, to zaraz mam okazje poprawić się na drugim i nie mam za dużo czasu na zadręczanie się porażką. Jeśli chodzi o umiejętności, myślę, że z kolarstwa wynoszę przede wszystkim wytrzymałość i coś, co nazwałabym połączeniem pewnego rodzaju głupoty z zawziętością. Jednak gra/jazda do końca mimo przeciwności jest dobra, póki nie zaczyna się być zagrożeniem dla siebie, a ja nie do końca potrafię wyczuć tę granicę. W drugą stronę na pewno idzie siła i stabilizacja. Kurczę, trochę mało, może przydałby mi się jakiś trzeci sport, zastanawiałam się kiedyś nad wspinaczką, muszę to poważnie przemyśleć. Myślę też, że jedno pozwala mi trochę odetchnąć od drugiego, to coś, co poważni ludzie nazywają work-life balance, ale ja nie, bo ani to work, ani life, ani w sumie balans, ani ja nie jestem poważnym człowiekiem.

Kluczowe momenty sezonu, jak sobie z nimi radzę? Czy rezygnuję z którejś z dyscyplin?

To drażliwy temat, nie lubię tego i za każdym razem jak to robię, mam do siebie pretensje. Mimo to, takie okresy się zdarzały. Na przykład, dostawałam kolarskie wolne na mecz barażowy o awans do I ligi czy finały AMP, z drugiej strony odpuściłam piłkę na przykład przed Mistrzostwami Polski i Pucharem Świata XCO. Tego ostatniego okresu trochę żałuje, bo było to podyktowane też perspektywą wyjazdu na ME, do którego ostatecznie nie doszło. Wtedy, poza samą decyzją trenera bolał mnie też fakt, że poświęciłam nawet piłkę, co świadczyło o mojej dużej determinacji w tym temacie. Mimo to zazwyczaj robię wszystko, żeby łączyć obydwa sporty, choćbym miała się nosem podpierać.

Pomimo że podczas ostatnich Mistrzostw Polski w przełaju zdobyłam medal, wciąż twierdzę, że to dyscyplina nie dla mnie.

To nie dla mnie, nie umiem w to grać. Zimno, rower jakiś dziwny, ni to szosa, ni góral, nie rozumiem tego… Naprawdę dużo się jeszcze muszę nauczyć, na przykład jeździć na tym rowerze. Chociaż trzeba przyznać, że mój trener robi wszystko, co w jego mocy, żebym jeździła coraz lepiej i szybciej. Stara się także, żebym znalazła w tym choć trochę radości (i ostatnio mu się nawet udało, pewnie też śnieg mu trochę pomógł). Mimo wszystko, przełaj to dla mnie przede wszystkim przygotowanie do sezonu letniego. Nie zmienia to jednak faktu, że każdego dnia chcę być lepsza i że na wszystkich wyścigach daję z siebie tyle, ile jestem w stanie oraz prezentuję wszystkie moje jakże wątpliwe umiejętności.

Co do sezonu letniego, jeszcze nikt nie wie, jak będzie wyglądał. Chciałabym, żeby składał się głównie ze startów xc. Czasem być może wpadnę na jakiś wyścig szosowy, pozadawać koleżankom z peletonu pytania pokazujące, jakim jestem ignorantem, na przykład o to czemu tak bez sensu jeżdżą z jednej strony drogi na drugą. Pewnie będę chciała też znów spróbować swoich sił w MP w maratonie, zwłaszcza że mają one się odbyć w górach, a to jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Nowa kategoria wiekowa, więc i nowy sprzęt.

W tym sezonie po raz pierwszy dosiądę rower z pełnym zawieszeniem, oczywiście będzie to Specialized. Powiedzieć, że nie grzeszę dużą wiedzą o sprzęcie, to nic nie powiedzieć. Więc jak na Polaka przystało ”nie wiem, ale się wypowiem.”

Myślę, że większość wyścigów pokonam na fullu, z prostego powodu, wybacza więcej. A jak się ma małe umiejętności techniczne i leniwy tyłek, to jest to na wagę złota. To trochę jak próba zjechania z dropa na 26 i na 29. W pierwszym przypadku prawdopodobnie zaryjesz twarzą w ziemię w drugim, choć prawdopodobnie ze świadomością, że masz więcej szczęścia niż rozumu, ale jednak wyratujesz. Podobnie jest w pokonywaniu np. rockgardenów na HT kontra robienie tego samego na fullu. Także kupa sprzętu, a zero talentu, ale mam, to skorzystam. Choć nie wykluczam, że na szybsze, łatwiejsze trasy, sięgnę po sprawdzonego HT, który w zeszłym sezonie przyniósł mi przecież dużo radości, może nie tyle, ile żelki haribo, ale jednak.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here